Remis Wisły Kraków 1:1 z Ruchem Chorzów miał większe znaczenie niż sam wynik. Oprócz kolejnego kroku w kierunku awansu do Ekstraklasy, spotkanie przyniosło symboliczny moment — długo wyczekiwany powrót Rafała Mikulca po niemal roku przerwy spowodowanej kontuzją.
Powrót obrońcy był ważnym impulsem dla zespołu Mariusza Jopa, który w końcowej fazie sezonu zmaga się z narastającymi problemami kadrowymi w ataku. Brak Angela Rodado do końca rozgrywek oraz absencja Jordiego Sáncheza od meczu z Odrą Opole sprawiły, że ofensywa „Białej Gwiazdy” została mocno osłabiona. W efekcie Frederico Duarte został przesunięty na pozycję środkowego napastnika, pełniąc rolę tymczasowego rozwiązania.
Braki w składzie pozostają jednak istotnym problemem. W meczu z Ruchem trener Jop zdecydował się wprowadzić Mikulca z ławki, dając mu pierwszy występ w oficjalnym meczu od czasu poważnej kontuzji odniesionej w barażach o awans z Miedzią Legnica w poprzednim sezonie. Choć wcześniej pojawiał się w meczach rezerw i sparingach, dopiero teraz wrócił do gry w pierwszej drużynie.
Co istotne, Mikulec nie został wprowadzony na swoją nominalną pozycję. Zamiast tego zagrał na prawym skrzydle, zastępując Macieja Kuziemkę — co można uznać za zaskakujące, ale jednocześnie znaczące rozwiązanie taktyczne. Według obserwacji sztabu, nie musi to być jednorazowy eksperyment, a zawodnik może być częściej wykorzystywany w bardziej ofensywnych rolach.
Przed urazem Mikulec był jednym z bardziej regularnych i wyróżniających się zawodników Wisły, szczególnie jako lewy obrońca aktywnie włączający się w akcje ofensywne. Jego profil może więc ewoluować, a klub rozważa wykorzystanie jego atutów bliżej bramki rywala.
W decydującej fazie sezonu powrót Mikulca daje Wiśle nie tylko większą głębię kadry, ale również nowe możliwości taktyczne w kluczowym momencie walki o awans.